O emigracji do owiec

Nowięc jak weszłam dzi do biura o siódmejczydziści, odpaliłam pocztę służbową i zobaczyłam, że czeka tam siedemdziesiąt maili na zareagowanie, to postanowiłam się udać na emigrację. Pierwszy plan był taki, żeby na wewnętrzną, ale ludzie się zaczęli złazić do biura i przeszkadzać. No to może jednak ja ciałem wyemigruję. Takie mam marzenie, że będę sobie siedzieć na przykład na Islandii i żyć z dziergania szaliczków. Szaliczki umiem, czapki i inne swetry mnie przerastają. I będę sobie z owcami chadzać po pastwiskach gdzie wieje, jak cholera. I będę jeść zupę rybną i kartofle. Takie mam marzenia małe we wtorek rano gdy spoglądam tęsknie w okno, za którym widzę wprawdzie nawet kawałek nieba, ale głównie blachę.

Tymczasem, żeby sobie osłodzić rzeczywistość (siedemdziesiąt maili, a weź jeszcze napisz do tego klienta, żeby, i tak dalej) kupiłam sobie rower. Rower jest prześliczny, ma zielone kółka i koszyczek i będę na nim tak pięknie wyglądać, pomykając siedemnaście kilometrów w jedną stronę do roboty. Ksiąć się przejął i postanowił i swój i mój rower przy okazji podnieść o klasę w rankingach i dokupić na przykład osłony na koła. Albo światła z laserami. A ja będę mieć dezajnerski dzwonek. To mnie akurat bardzo cieszy.

Dodatkowo zrobiłam sobie wczoraj górę jedzenia do pracy (w końcu jestem na diecie, nigdy nie żre się tyle, co na diecie) i zauważyłam, że wiosna idzie, bo w sumie jadłabym tylko zielone.

Tymczasem udam się na wewnętrzną emigrację, mimo przeszkadzających ludzi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gdy rozum śpi. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O emigracji do owiec

  1. Wiadomo pisze:

    Skoro taki nacisk na samo zielone, to dla oszczędności proponuję promkę z biedry – cukinia. Sześć zyka za kilo :D

  2. dees pisze:

    mam światła z laserami, dają radę tylko jak jest naprawdę zupełnie ciemno. w mieście nie.

Dodaj komentarz