O przedwiośnianym przesileniu

Czytam. Czytanie pomaga przetrwać poczucie całkowitej beznadziei wszystkiego. Przesilenie pełną gębą. Rano ledwie zwlekam się z posłania, wyrywam się kołdrze, rozmawiam z ekspresem do kawy, rozmawiam z własnym, zmęczonym odbiciem w lustrze, rozmawiam z samochodem przez czterdzieści kurwa pięć minut i trzydzieści sześć kilometrów obwodnicą. Potem rozmawiam z kupą złomu szumnie zwaną komputerem, tworzę, jestem produktywna, twórcza, optymistyczna, działamy, walczymy my ass. W dupie to mam, kolejne beznadziejne prodżekty, klienci, sell, sell, walczymy, działamy, motywacja, cele, target, dużo głupich słów wkurwia.

Owijam się moim kocykiem bezpieczeństwa (w tej roli występuje wielki szalik kupiony przypadkiem w Feniksie, który urzekł mnie od pierwszego wejrzenia), wyłączam się, słuchawki, radio albo Młynarski, albo biały szum i czytam. Czytam o Islandii, o Grecji czytam o kursach pasterskich. Byle nie zwariować. Odwalam to twórcze, sell, target, chujwieco minimum, uciekam z szarego baraku najszybciej jak się da. Optymistyczne raporty, w których przewiduję kolejne zamówienia.

Zamykam się w samochodzie z radiem, chowam się i znów męczy mnie kolejnych czterdzieści kurwa pięć minut i trzydzieści sześć kilometrów obwodnicą. Plus standardowy korek na deser. Wracam, przytulam się do psa i nagle robi się lepiej. Mój pies bezpieczeństwa chroniący przed całym światem.

Wiosny czekam jak kania dżdżu. Wiatru mi trzeba i więcej południa.

Czytam cieszące oko i ducha dowcipne blogi. Tam jest polot i puszczenie oka, jak to jest, że innym to jakoś idzie, a u mnie w sumie fala jęków i otwieranie żył bananem. Chciałabym się wyspać i, chwilowo, żeby cały świat zapomniał, że istnieję.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gdy rozum śpi. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz