O dronach. Się szarpnęłam na recenzję. Fanfary.

Bo ja bardzo lubię muzykę, wiecie? Ale nie każdą. W zasadzie, to prawie żadną. Są jednak wykonawcy, których płyty kupuję w ciemno (tak, są jeszcze ludzie, którzy kupują płyty). Do tej kategorii zaliczają się wszyscy panowie Waglewscy. Cokolwiek wyda Voo Voo albo Fisz z Emadem – u mnie ma miejsce na półce od razu. No dobra, może wczesne Tworzywo Sztuczne mało do mnie przemawia, ale Mamutem skradli moje lodowate serce. Kto prowadził samochód nad ranem przez Francję – doceni.

Nic więc dziwnego, że Drony też znalazły miejsce w naszym domu (no dobra, w schowku w samochodzie). Zabraliśmy tę płytę na drogę rodziców. I jakoś wcale mnie nie zachwyciła. A były i takie momenty, kiedy zastanawiałam się czy panowie czasem nie oczadzieli, że nagrali takie coś i w dodatku umieścili na płycie. Dla ludzi. Dostępnej. A potem przesłuchałam ją jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze siedemnaście razy. I mnie wzięło.

To wcale nie oznacza, że żeby ta płyta się spodobała, to trzeba jej wysłuchać dwadzieścia dwa razy. Ale fakt, łatwa, lekka i przyjemna nie jest. Za to jest przejmująca i nieco niepokojąca. Jak się przypatrzeć światu tam opisanemu, to marny nasz los.

Co więcej, moim zdaniem to album mocno nierówny. Zaczyna się bardzo dobrze, potem jest jeszcze lepiej i tak zwyżkuje aż do utworu o tytule „Duch”. Panie Fiszu, po co tam panu był ten auto-tune? Gdyby nie to, to Duch byłby moim najulubieńszym utworem na całym tym albumie. Wszystko ma idealne. Tekst ma doskonały – prosty a jednocześnie nie pozbawiony poetyckiego polotu. Muzycznie jest mistrzostwem wszystkiego. Smyczki wywołują u mnie ciary na plecach przy każdym odtworzeniu. A jeśli się słucha muzyki głownie w samochodzie – jak ja i w czasie „Ducha” jedzie się na przykład przez Most Rędziński, to wrażenia gwarantowane.

Niestety na „Duchu” się kończy. Spuszczam zasłonę milczenia na „Samochody”, „Skąd przybywasz” i „Komputer”. Ziu ziu, szu szu, nie ma, nie ma! Nie istnieją dla mnie te numery na płycie, to jakaś ewidentna pomyłka i w ogóle nie ma sensu nawet o tym mówić.

Na szczęście dalej są Sarny. Och, jakie to jest dobre. Jakie przyjemne, a jednocześnie wiercące gdzieś głęboko w brzuchu. I dalej też jest dobrze. A na koniec „Bzyk” – dla mnie bomba.

Wielu ludziom ten album się nie podoba – opisywany jest jako „nieudany flirt Waglewskich z popem”. Mam wrażenie, że to głosy tych, którzy nie mogą odżałować ich rozstania z hip-hopem. Dla mnie, to oni sobie mogą flirtować z czym zechcą. Jeśli na płycie na 12 utworów nie podobają mi się zaledwie trzy, to naprawdę jest dobrze. Czekam na następną.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gdy rozum śpi, Mojem zdaniem. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz